Najnowsze propozycje Ministerstwa Energii dotyczące zarządzania nadwyżkami energii z OZE wywołały burzliwą debatę w branży. Kluczowym punktem sporu jest pomysł obowiązkowego montażu urządzeń sterujących u prosumentów posiadających instalacje o mocy powyżej 800 W. Szacuje się, że regulacja ta objęłaby nawet 1,5 miliona gospodarstw domowych, generując koszty rzędu miliarda złotych. Czy jednak administracyjne narzucanie rozwiązań technicznych to jedyna ścieżka?
Rynek zamiast administracyjnego sterowania
W obliczu rosnących kosztów i logistycznych wyzwań, coraz więcej ekspertów zwraca uwagę na alternatywne mechanizmy. W całej Unii Europejskiej dynamicznie rozwijają się usługi elastyczności, w których Operatorzy Systemów Dystrybucyjnych (OSD) określają jedynie oczekiwany efekt, np. redukcję generacji w danym punkcie sieci. Realizację tego celu powierza się wyspecjalizowanym podmiotom – agregatorom. To oni, a nie urzędnicy czy zakłady energetyczne, dobierają optymalne technologie: magazyny energii, ładowarki EV, pompy ciepła czy systemy BMS.
„Operator kupuje usługę, a nie urządzenie. To fundamentalna różnica, która otwiera rynek na konkurencję i innowacje” – podkreśla jeden z analityków rynku energii.
Sygnały cenowe – najprostsze i najtańsze narzędzie
Drugim, być może jeszcze bardziej naturalnym rozwiązaniem, jest wykorzystanie sygnałów cenowych. Problem nadprodukcji OZE nie wynika z braku technologii, ale z braku odpowiednich bodźców ekonomicznych. Gdy energia ma wartość bliską zeru lub ujemną, odbiorcy powinni mieć możliwość zwiększenia poboru – ładowania aut, magazynów czy uruchamiania procesów przemysłowych. Taryfy dynamiczne i strefowe, powszechne na rozwiniętych rynkach, w Polsce wciąż są rzadkością.
W tym kontekście pojawiają się pytania do największych państwowych sprzedawców energii: dlaczego nie oferują atrakcyjnych taryf dynamicznych? Dlaczego nie promują elastyczności odbiorców, skoro obecne regulacje już umożliwiają uwzględnianie eksportu po cenach ujemnych w rozliczeniach? Bez aktywnego udziału sprzedawców potencjał milionów prosumentów pozostanie niewykorzystany.
Niewykorzystany potencjał inteligentnych liczników
Dyskusja o nowych urządzeniach nabiera szczególnego znaczenia w kontekście trwającego od lat programu masowej wymiany liczników na inteligentne. Koszt tego przedsięwzięcia to miliardy złotych. Większość nowoczesnych liczników wyposażona jest w rozłączniki umożliwiające zdalne odłączenie odbiorcy, a w założeniach miały wspierać usługi DSR (Demand Side Response).
Eksperci zadają więc kluczowe pytania: Czy instalowana od lat infrastruktura pomiarowa rzeczywiście umożliwia realizację funkcji, które dziś uzasadniają potrzebę montażu kolejnych urządzeń? Czy architektura systemów licznikowych została przygotowana do realizacji poleceń związanych z elastycznością? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, konieczność wyposażania 1,5 miliona instalacji w dodatkowe urządzenia staje się trudna do uzasadnienia ekonomicznie.
Dane fundamentem elastyczności
Podstawą każdego rynku elastyczności są dane. To one umożliwiają działanie agregatorów, usług DSR, magazynów energii czy taryf dynamicznych. Bez bieżącej informacji o zużyciu i produkcji nie da się skutecznie reagować na sygnały cenowe. Tymczasem w Polsce, mimo miliardowych inwestycji w liczniki zdalnego odczytu, wielu klientów nadal nie ma dostępu do danych pomiarowych w czasie rzeczywistym. Dominujące rozwiązanie Wireless-MBus nie nadaje się do transmisji w takim trybie.
Dyskusja o przyszłości zarządzania nadwyżkami OZE to nie tylko wybór między administracyjnym nakazem a wolnym rynkiem. To przede wszystkim pytanie o efektywność wydatkowania publicznych pieniędzy i o to, czy stać nas na ignorowanie potencjału już istniejącej infrastruktury.
Foto: images.pexels.com

